Lotniska źródłem możliwej globalnej epidemii

Osobom uczestniczącym w dyskusjach szczepionkowych chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz. Moi Drodzy – Polska nie jest otoczona żadnym realnym kordonem sanitarnym. Przez pobliskie lotniska przewijają się setki tysięcy pasażerów z całego świata tygodniowo (jeśli wziąć pobliskie europejskie lotniska tranzytowe).

Znacie to? Ja znam, tzn. sam tak daleko nie latam, ale mam biznesowy kontakt z ludźmi, którzy czasem tak podróżują. Startujesz z Delhi w Indiach (delegacja firmowa), potem znajdujesz się na hali odlotów w Dubaju, potem przesiadka w Berlinie i lecisz do Wrocławia. Mija mniej niż 48h i z takim człowiekiem mam już spotkanie biznesowe.

Przez 48h ten człowiek znajduje się na hali odlotów w Delhi, potem na jednym z większych węzłów lotniczych w Dubaju, gdzie ociera się o tysiące ludzi z całego świata przechodzących na odloty, potem to samo w Berlinie. Moi Drodzy, a macie doświadczenie z mniejszych lotnisk, np. greckich. Tam jest tłok większy niż przy wychodzeniu z niedzielnej mszy z myślą o rosole i pieczonym kurczaku.  Jedna osoba kichnie i zarazi od razu 50 innych. Lotniska  to jest kocioł mutacyjny i wirusowy. Wirus który inkubuje 2-3 doby, a nawet dający pierwsze objawy może praktycznie w ciągu 48h rozprzestrzenić się na pół świata niezauważony, praktycznie we wszystkie rejony wysoce zurbanizowane.

Jesteśmy wobec globalnej epidemii praktycznie bezbronni.

Władze to wiedzą, mimo to nie zamykają lotnisk, nie przeprowadzają żadnej kwarantanny ludzi przylatujących z Indii czy Hong Kongu, którzy nie mają widocznych objawów chorób.

Szczepionki nic nie dadzą wobec lotniskowej pandemii

Zakładając optymistycznie, że szczepionka zadziała, to zadziała tylko przeciw wirusowi na który była przygotowana. Zadziała na wirus H1N1, ale najpewniej nie zadziała już na H1N7, dlaczego? Wirusy mutują, zmieniają się relatywnie szybko, przystosowują się do tej nierównej walki, która prowadzi z nimi człowiek (nierównej dla nas).

Szczepionka nie chroni przez żadnym zmutowanym wirusem, przy czym mutacja może zachodzić w każdym organizmie, także u osoby już zaszczepionej. (Także akcja masowych szczepień zupełnie nie zwiększa tzw „odporności zbiorowej”.) Infekcja i mutacja może zajść u każdej z tysięcy, setek tysięcy osób kłębiących się na lotniskach. W skrajnych przypadkach wirus może przekroczyć barierę miedzygatunkową (dlatego właśnie walczy ze świńską, czy ptasią grypą), a przecież nikt na granicy nie strzela laserem do migrującego ptactwa (choć do dzików z Białorusi już się czasem strzela).

Doktor Wykładowca tłumaczył mi to. W przypadku pandemii jesteśmy prawie bezbronni. Jedyną bronią są ściśle egzekwowane kordony sanitarne, ścisła izolacja całych miast, regionów kraju, ognisk choroby, aż do jej naturalnego wygaszenia. Szczepionki adekwatne do zagrożenia w takiej sytuacji pojawią się najszybciej za pół roku, co więcej, nie zadziałają, jeśli wirus zmutuje.  W skali indywidualnej zamknięcie się w domu ze spora ilością zapasów i przeczekanie – jak długo? Nie wiadomo.

Kluczowe będzie wstrzymanie pasażerskiego ruchu lotniczego, ale to i tak będzie za późno. Globalna epidemia – nowa czarna śmierć wyleje się na nas z lotnisk, niezapowiedzianie, po cichu, a kiedy uderzy, będzie już za późno na profilaktykę.

Szczepienia tu nie pomogą, one jedynie uspokoją wystraszoną populację, pozwolą uniknąć większej paniki, miedzy innymi taka jest ich rola (np. w czasie ostatniej epidemii H1N1 wystraszeni ludzie szczepili się na zwykłą grypę sezonową, wierząc, że to coś może pomóc – nie pomogło żadnej z ofiar).

Polecam:

O szczepionkach na grypę – preppers u lekarza